|
Rejs dookoła Sycylii: 16 - 30.07.05
część VI
Następnego ranka wypłynęliśmy w kierunku cieśniny Messyńskiej. Wiatry
słabe.
Dosmerfowaliśmy tam wieczorem. W cieśninie ogromny ruch miedzy Messiną
a Reggio di Calabria i okolicnymi portami promowymi. Pływają non-stop, aż
nie
wiadomo gdzie uciekać. Wrażenie podobne, jak w ruchliwych miejscach na
Bałtyku, np. w cieśninie Sund. W marinie był spory prąd, mało miejsca do
manewrowania i absolutnie żadnego normalnego miejsca do zacumowania.
Prąd wpychał do środka mariny (która miała kształt ogórka), na obrót było
za
mało miejsca, a na wsteczu jacht nie chciał płynąć. No ale jakoś się
wycofaliśmy.

Messina - widok na marinę
Marinowy wymyślił, że postawi nas przy takim jakimś kutrze
patrolowym stojącym longside przy wejściu. Wejście miało ok. 10m użytecznej
szerokości. Po zatarasowaniu go nami po prostu unieruchomiliśmy marinę do
rana. :) Za tę przyjemność... hmmm... 50 EUR. Drogo. W Chorwacji za tyle to
przynajmniej ma się normalne miejsce postojowe, a nie robi się za plombę
blokującą marinę. Miasto jako takie chyba najmniej ciekawe na całym rejsie.
Gorzej niż w Catanii - ulice z dużym ruchem i... no i właśnie niewiadomo co
dalej. Podobno była tam jakaś starówka, ale z uwagi na to, że niespecjalnie wiedzieliśmy
gdzie, to zadowoliliśmy się pizzą w pobliżu portu :)

To jest całkiem niezłe włoskie piwo, za polską cenę!
Następnego dnia wypłynęliśmy wcześnie rano (w końcu blokowaliśmy port :)
i przejechaliśmy przez cieśninę messyńską. Rzeczywiście - mimo bezwietrznej
pogody robiły się całkiem konkretne wiry i prądy - powierzchnia morza
wyglądała jak górska rzeka. Podobno jak solidnie wieje, to jachtem pod prąd
się nie popłynie - prądy sięgają 8-10 węzłów. Zobaczyliśmy też tę słynną
łódź
rybacką przystosowaną do polowania na ryby-miecze. Niestety była za daleko
i
nie mam zdjęcia, ale wygląda ona tak, że ma dwudziestokilkumetrowy, kilkukrotnie
dłuższy niż sam
kadłub bukszpryt, oraz podobnej wysokości maszt. Maszt służy wyłącznie
do
wypatrywania ryb tego gatunku, gdyż śpią one tuż pod taflą wody. Natomiast
bukszpryt jest od tego, aby z jego końca... nabić na harpun niczego jeszcze
nie podejrzewającą (w końcu kadłub łodzi jest 20 metrów dalej!)
rybę.
Kuter wygląda w każdym razie dziwnie, bardzo dziwnie.
Po południu dotarliśmy na wyspę Lipari. Od razu widać, że to mekka
cruisingowa
Sycylijczyków z Palermo - masa motorówek i powalające z nóg ceny marin.
Stanęliśmy w takiej jednej. Przy pomoście na samym końcu (tam nas
skierowali).
Mimo praktycznie bezwietrznej pogody, na końcu tego pomostu panował taki
rozkołys, że szklanki trzeba było trzymać w rękach, bo bez tego spadały ze
stołu. W dodatku nie było w "marinie" kibla ani pryszniców. I za ten luksus
zapłaciliśmy... trzymać się krzesła!... ponad 60 EUR! Nigdy wcześniej nie
zapłaciłem
tyle za marinę, zwłaszca za marinę o takim standardzie. Do miasteczka był
kawałek - samo w sobie ładne bardzo, choć nieduże. Widać tu było, że jest
nastawione stricte na turystykę - bezpardonowym wskaźnikiem jest zawsze
liczba
sklepów jubilerskich. :)

Ktoś miał pomysł na dekorację promu... :)
Następnego dnia popłynęliśmy do zatoczki, popływać i ponurkować, zwłaszcza
ze
w zatoczce były "śmierdzące bąbelki", jak to przy wulkanach bywa. :)

Krajobrazy wysp Liparyjskich

Krajobrazy wysp Liparyjskich
Nocą
popłynęliśmy w kierunku Palermo. Spotkała nas ciekawa niespodzianka. Nagle
przed dziobem pojawiły nam się... światła burtowe statku!!! I to nie na
horyzoncie, ale co najwyżej pół mili przed nami! Okazało się po chwili, że
to... okręt podwodny. :) Albo szedł po ciemku i światła zapalił dopiero
kiedy nas
zobaczył, albo po prostu się wynurzył tuż przed nami. Pewnie oni sobie
robią
takie jaja - wynurzają się tuż przed jachtem a potem nabijają, jak to ci na
jachcie się wystraszyli ;) Bo my się wystraszyliśmy konkretnie i zrobiliśmy zwrot o
120
stopni :)

Palermo - prawdziwy targ!

I multum ryb
No i nic, to w zasadzie koniec rejsu. Doturlaliśmy się do Palermo,
oddaliśmy
jacht (mimo szeregu uszkodzeń nie wzięli nic z kaucji - spróbowaliby
tylko!)
i do domu... To był chyba najciekawszy mój dotychczasowy rejs, chociaż
najtrudniejszy organizacyjnie i najdroższy (przelot - ponad 1000 zł za
osobę). Jeśli masz jakieś pytania, to zapraszam - samotnik@zagle.org.pl.
...część V
|